Jesteś czytelnikem?

Jeżeli czytasz moje wypociny,
dodaj mi trochę adrenaliny.
Napisz mi komentarz,
Żebym wiedziała, że się postarałeś
I nową treść już przeczytałeś.
Miło by również było, '
Gdybym wiedziała ilu Was mnie odwiedziło.
Więc anonimowych proszę,
Aby podpisałi się, choć na wzorzec. :)

Jeżeli czytasz, daj lajka na fejsie, będą tam dodawane informacje o nowych postach :)

https://web.facebook.com/lofreee/?fref=ts

poniedziałek, 4 stycznia 2016

ROZDZIAŁ 29 - BALOWA SUKIENKA


                Cały dzień chodziłam jak głupia po sklepach w poszukiwaniu idealnej kreacji na sylwestra. Musiała być jednocześnie elegancka, balowa, ale także dość wygodna, w razie, gdyby przyszło nam się zmierzyć z czymś niespodziewanym. Chodziłam po ulicach Play City wchodząc co chwilę do jakiegoś butiku, ale nic nie mogłam sobie upatrzyć. Nie wiedziałam czy to przez to, że jestem wybredna, czy może dlatego, że za każdym razem, gdy wychodziłam z butiku zastawałam ciemność. Cały czas chciało mi się spać, a mój wewnętrzny zegar tak się poprzestawiał, że nie wiedziałam czy jest noc, czy też dzień. Gdyby nie zegarek w telefonie lub jakikolwiek inny, nie byłabym w stanie powiedzieć, która jest godzina.
         Wchodziłam właśnie do ostatniego na ulicy sklepu z sukienkami, gdy nagle zza moich pleców wyrosła Teya. Uśmiechnęła się do mnie i pocałowała w policzek.
         — Hej, co tutaj robisz? — spytałam.
         — To samo, co ty. — Pokazała wielką reklamówkę, którą trzymała w ręce — I mam jeszcze megaśne butki.
         — No świetnie, to może mi pomożesz, bo jak dla mnie nie ma nic, co mogłabym założyć.
         — Okej, to chodźmy, ja ci coś wybiorę.
         O tak, Teya była właśnie tą osobą, której w tamtym momencie potrzebowałam. Ona była zawsze świetnie ubrana i potrafiła wyczarować cuda. Chodziłyśmy chwilę po sklepie, oglądać różne sukienki, ale nic nie przykuwało mojej uwagi, gdy nagle krzyknęła.
         — Mam to!
         — Co masz? — Podeszła do wieszaka i wyciągnęła jedną, ze stu, wiszących tam sukienek.
         — Jaka cudowna! — powiedziałam, ze zdziwienia, gdy zobaczyłam to, co trzyma w rękach. Była krwistoczerwona, z gorsetem u góry, odsypanym delikatnie brokatem, a u dołu zwisały falbanki.
         — Przymierz ją! — pobiegłyśmy do przymierzalni, szybko ściągnęłam z siebie ciuchy i założyłam to cudo. Wyglądałam zniewalająco, idealnie na mnie pasowała, jakby ktoś uszył ją na miarę.
         — Jesteś cudowna! — ucałowałam ją w policzek i poszłyśmy do kasy.
         Następnie odwiedziłyśmy kosmetyczne i fryzjera i ruszyłyśmy w kierunku domu. Przebrałyśmy się i przygotowałyśmy. Teya miała na sobie srebrną, prostą, długą do kostek suknie i czarne, świecące się buty na wysokim obcasie. Czekałyśmy na chłopaków, Oliver wyglądał jak zwykle nieziemsko, ubrany w czarny garnitur i mokasyny, a Nathan… Gdy go zobaczyłam, miałam ochotę zedrzeć z niego ubranie i wziąć go tam, nie zwracając uwagi, że Teya i Oli na nas patrzą. Brakowało już tylko Jona.
         — Spóźnimy się przez niego — powiedział Oli.
         — Nie bój żaby, brat. — uśmiech Teyi powalał na kolana swoją białą barwą. Nadal mówiła do niego brat, chociaż w gruncie rzeczy, rodzeństwem nie byli, ale odzywka została. Ja natomiast nigdy, jak do tej pory, nie zwróciłam się do niego w ten sposób, ponieważ nie mogłam się przyzwyczaić do faktu, że nim jest.
         Nagle usłyszeliśmy dzwonek, podeszłam otworzyć drzwi i ustałam jak wryta. Przed drzwiami stał odpicowany Jon, który aż promieniał, śmiejąc się z czegoś zawzięcie. Za jego plecami stała Rosse. Jej długi rudy włosy falowały na wietrze, okalając tym samym jej gołe plecy. Suknia była niebieska, również długa do samej ziemi, tak jak Teyi, ale nie prosta. Miała wycięty tył, przód również nie zasłaniał zbyt wiele. Nie miała stanika, a jej piersi rozchodziły się na boki eksponując, całkiem pokaźnych rozmiarów, biust.
         — Ym, no bo ja nie… Nie miałem… Więc pomyślałem, że… — jąkał się, dlatego przerwała mu kobieta.
         — Obydwoje byliśmy samotni, więc wspólnie stwierdziliśmy, że spędzimy ten wieczór razem. Oczywiście, jeżeli nie macie nic przeciw temu.
         Uśmiechnęłam się do nich zachęcająco i kiwając głową, dałam znać, abyśmy ruszali.
         Na balu było około dwustu par, większość z nich kojarzyłam, ale nie wszystkich. Wszyscy pochodzili z bardziej zamożnych rodzin, ale moją uwagę przykuła pewna kobieta. Wydawało mi się jakbym ją znała. Nie była ubrana tak, jak inni. Miała skromną, prostą sukienkę, która nie pochodziła od żadnego projektanta, bynajmniej tak twierdziła Teya, bo to ona się na tym znała.
         — Nate, czy ta kobieta nie wydaje ci się znajoma? — Spojrzał na mnie, po czym skierował wzrok w jej kierunku.
         — Przecież to… — urwał, a kobieta spojrzała na nas. Na jej twarzy malował się szyderczy uśmiech, a ja nie wiedziałam już, co jest grane.



----------------------------------------
Jest kolejny, trochę... inny, ale taki też musi być. :) 
Jak myślicie, kogo LOFREE zobaczyło ? :) 

niedziela, 3 stycznia 2016

ROZDZIAŁ 28 - DARKENSTRON


                 Stałam jak wryta,  przyglądając się uśmiechowi Rosse kierowanemu w stronę Nate’a.

         — Ach, witaj Nate, jak zwykle elegancki. — Uśmiechnęła się jeszcze bardziej.
         — Rosse Felton? — Spojrzał na nią zdziwiony — Przecież ty nie żyjesz.
         — Nie żyję, ale uwierz, że nie żyję tylko dla Feltona. I mam nadzieję, że mnie nie wydacie, bo mogłoby się to skończyć… — zamilkła na chwilę — Tragicznie.
         — Możesz mi wyjaśnić, co się właściwie dzieje?
         — A może byśmy tak usiedli?  — zapytała, patrząc na mnie, a ja skinęłam głową, pokazując na sofę przy ścianie. Kobieta usiadła na niej, a ja z Nate’m na krzesłach naprzeciw niej, aby dokładnie ją obserwować.
         — Nie musicie się mnie bać. — Położyła nogę na nogę, a włosy pokazowym ruchem odrzuciła do tyłu. — Wiem, że każdy sądzi, że nie żyję. I to jest w pewnym sensie prawda.
         — Jak to?  — Nie rozumiałam.
         — Kilkadziesiąt lat temu poślubiłam syna diabła. Byłam naprawdę szczęśliwą i zakochaną kobietą, nie widziałam świata po za nim, bo był to ideał mężczyzny. Nie skrzywdził by nawet muchy.
         — No ty sobie chyba żartujesz?! — krzyknął Nate.
         — Daj mi skończyć, zanim zaczniesz się unosić, ok? — Zrobiła naburmuszoną minę, świadczącą o jej niezadowoleniu.
         — Jednak żyjąc w tamtych czasach, ludzie niezbyt uwielbiali czarownice. Ukrywałam się, nikt nie wiedział kim naprawdę jestem, ale pewnej nocy, przechadzając się po parku wraz z mężem, zobaczyliśmy dziewczynkę. Leżała na ziemi skulona, wijąc się z bólu. Wyglądała tak strasznie. Panował niewielki mróz, ale wystarczył na odmrożenie sobie kończyn, jeżeli nie było się odpowiednio ubranym. Podeszliśmy do dziewczyny, a ona spojrzała na nas błagalnie. Jej oczy wzywały pomocy, prosiły, aby jej udzielić. — Na samo wspomnienie z oczu Rosse pociekły łzy — Nie dużo myśląc, otworzyłam swoją torebkę i wyciągnęłam z niej zioła, po których podaniu, malutka stanęła na nogi. Już nic jej nie groziło. Felton był zniesmaczony, ponieważ obawiał się, że ludzie dowiedzą się o wszystkim i zaczną podejrzewać mnie o czarną magię, ale ja się tym nie przejmowałam. Młodziutka kobietka obiecała mi, że nie powie nikomu co się stało w lesie. Tak się jednak nie stało.
         — I wtedy ludzie oskarżyli cię o bycie czarownicą?  — spytałam, odczuwając skurcz w sercu. Było mi jej szkoda.
         — Dokładnie tak. Nie wzięli pod uwagę, że pomogłam. Gdyby nie ja, ona by zmarła, ale  było to nie ważne, liczył się fakt, że jestem czarownicą. Chcąc nie chcąc, oddałam się w ręce sprawiedliwości, chociaż wiedziałam, że i tak powrócę z martwych.
         — Wiedziałaś? — Zdziwił się Nate — To dlaczego nie powiedziałaś o tym Feltonowi?
         — Ależ powiedziałam! Co ważniejsze, on sam dokładnie o tym wiedział, ponieważ był, rzecz biorąc, demonem. Wiedział jak działa świat czarnej magii i jakie panują w nim zasady. Na stosie, na wieki płoną jedynie wiedźmy, a nie czarownice. Wracając, oddałam się w ręce sprawiedliwości, w cudzysłowie. Płonięcie na stosie nie jest najmilszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, ale też nie najgorszą. Czułam wielki ból, ale nie dlatego, że moje ciało pochłaniały gorące płomienie, a dlatego, iż każda z osób wydających na mnie  wyrok widziała we mnie wroga, a ja… Ja po prostu chciałam pomóc.
         — Dobra, rozumiem, to było straszne i ci współczuję, ale czemu nie wróciłaś?
         — Zaczynają mnie irytować wasze pytania. — Spojrzała rozgniewanym wzrokiem — Wróciłam. Po zakończonej ceremonii spalenia ciała, odrodziłam się z popiołu, ale zanim nabrałam odpowiednich sił, aby dojść do domu… Felton już nie był tą samą osobą. Owładnęła nim ciemność, wewnętrzny mrok. Wchodząc do zamku wiedziałam, że coś jest nie tak. Moja rozmowa z nim była krótka i zwięzła. Patrząc mi głęboko w oczy, przysięgał, że mnie pomści i nie ważne było to, że żyję. Liczyła się tylko zemsta. Nie chciałam żyć u boku takiego człowieka jak on, więc nie dużo myśląc, wskoczyłam do ognia, aby odrodzić się w zupełnie innym miejscu. Pokochałam go za to, jaki był. Za jego dobroć, opiekuńczość, miłość, ciepło bijące ze środka. Był jedynym dobrym demonem, jakiego znałam i myślałam, że będzie taki zawsze.
         — Dlaczego wróciłaś? Przepraszam, że przerywam, ale nurtuje mnie to pytanie.
         — Am, żyłam sobie kilka lat na wyspie, z dala od świata, od ludzi. Byłam tylko ja i przyroda. I nie wróciłabym, gdyby któregoś razu na mojej drodze nie pojawił się LOFREE. Jestem jakby połączona z moim mężem i wyczułam, że coś jest nie tak. Mężczyzna podszedł do mnie i pytał o piątkę przyjaciół. Początkowo chyba myślał, że ja jestem tobą, Am, ale później zrozumiał, że ja to ja, więc nie miałam wyboru i musiałam go zabić, bo nikt niepowołany nie mógł się dowiedzieć, że żyję – szczególnie Felton.
         — Nadal nie rozumiem, co tutaj robisz… — bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
         — Po tym, jakże paskudnym zajściu, dowiedziałam się wszystkiego, co tylko mogłam o LOFREE. Między innymi doszły mnie słuchy, że to oddział diabłów, które będą planowały zniszczyć świat na prośbę mojego męża. Odnawiając moje znajomości, doszły mnie słuchy, że jest taka piątka, a w sumie szóstka osób, które nie są pod jego wpływem, choć powinny być, więc was odnalazłam. Moim początkowym założeniem było, że nigdy nie dowiecie się kim naprawdę jestem, ale nie zdołałam was ochronić. Felton zabił Felcy, małą, bezbronną osóbkę i mu tego nie daruję. Nie chcę, żeby zniszczył świat, więc muszę wam pomóc.
         — My sami sobie chcielibyśmy pomóc. — westchnęłam głęboko. — Widzisz ten mrok?
         — Widzę i to mnie martwi. Widzicie, Felton potrzebował Olivera, ponieważ Oli miał w sobie jakąś cząstkę magiczny diament, który pozwoliłby mu zapanować nad waszymi umysłami, ale w miarę szybko odkryłam z Winter, kto z was ją posiada i go porwaliśmy. Nie wiem, czy mi to wybaczycie, ale Oli… Nie jest teraz do końca sobą, jakaś część jego została zniszczona, kilka wspomnień już nigdy nie powróci do jego głowy, ale myślę, że najważniejszy jest fakt, że Felton nie zapanuje nad waszymi umysłami.
         — Dobrze, ale mam nadzieję, że wiesz, co trzeba zrobić, aby zniszczyć ten cholerny mrok? — Nate wymownie spojrzał na nią, aby dokończyła swój, jakże długi i wiele wyjaśniający, wywód.
         — Jest was wielu, bardzo wielu. Każdy z was ma inne moce, które są wyjątkowe. Poznaliście już między innymi piasek i kobietę pająka, ale  ten, który stoi za mrokiem nazywa się Darkenstron. Jest to mężczyzna, który ma może niecałe dwadzieścia pięć lat. Wygląda zupełnie przeciętnie, czarne krótkie włosy, mały nosek i jak wszyscy – czerwone oczy. Jednak zawsze nosi okulary, bo jest niewidomy — otworzyłam szeroko oczy, słysząc te słowa — i jeździ na wózku inwalidzkim. Tak, dobrze słyszycie, nie ma żadnej lini obrony, dlatego stoją przy nim strażnicy. Pilnują, aby nic mu się nie stało. Jego darem jest wieczny mrok. Mrok, który nie zniknie, póki on nie zginie, ale zabicie go nie będzie takie proste, albowiem nie wiadomo, gdzie go znaleźć. On nigdy nie wychodzi, a ja nie doszłam jeszcze do tego, gdzie znajduje się ich kryjówka.
         — Czyli musimy się tego dowiedzieć? — powiedziałam sama do siebie, patrząc w stronę Rosse, ale ona już nic nie wyjawiła.
         Byłam naprawdę zadowolona z obrotu sytuacji, wiedzieliśmy już skąd się bierze ta wszędobylska ciemność, ale nie wiedzieliśmy jak znaleźć Darkenstrona. Powiedziałam, że zajmiemy się tym i pożegnałam się z Rosse, tym samym proponując jej na powrót pracę w banku. Chciałam, żeby była blisko nas i ona również tego chciała.
         Opadam na fotel, spojrzałam na Nate’a, który właśnie rozmawiał z Jonem, Teyą i Olim na konferencji.
         Miałam jakieś mieszane uczucia, ale co najgorsze, moja świadomość podpowiadała mi, że w najbliższym czasie wydarzy się coś niespodziewanego, coś, czemu będziemy musieli stawić czoła, a ja obawiałam się, że to nastąpi dokładnie jutro. W końcu kończył się stary, a zaczynał Nowy Rok, więc dlaczego nie miał być hucznie powitany?


*******************************************************************
Specjalnie dla Ciebie Kasiu, bo tak ładnie mi opowiadałaś, jak się nie mogłaś doczekać, kiedy wstawię rozdział, a więc na twą prośbę i uśmiech, jaki zagości na twojej twarzy, po przeczytaniu Twojego i Carry komentarza dostałam mega, ale to mega powalającej weny, ochota na sen mi przeszła no i wystukałam. mniej więcej podobny rozdział do twojego,  :D zaczęłam pisać o 1.29 a skończyłam o 2.02 :)  Więc widzisz, można? Można!

Dziękuję wam za komentarze, one naprawdę dają kopa w tyłem i mego motywuwuwuwuwją!!! :D 

Sorka za błędy i literówki, ale naprawdę oczy mi odpadają już :D

sobota, 2 stycznia 2016

ROZDZIAŁ 27 W NAJMNIEJ SPODZIEWANYM MOMENCIE 


—Masz jakiś kontakt z  Winter? — zapytałam Olivera, który siedział przy oknie, patrząc w… Właściwie w nic, ponieważ było tak ciemno, że nazbyt dużo nie było widać.
         — Co ty. — Odwrócił się w moją stronę. — Ja nawet nie wiem, gdzie byłem. Obudziłem się dopiero niedaleko domu.
         Nie miałam zielonego pojęcia, co mamy teraz zrobić. Wszystko toczyło się tak szybko. Jeszcze niedawno siedziałam sobie z Oliverem przy kominku, popijając kakao i oglądając telewizję, a teraz? Nie pamiętam, kiedy ostatnio te pudełko było włączone. Czasem żałowałam, że się o tym wszystkim dowiedziałam.
         — Ona miała rację. Myślę że to sprawka Feltona. — Jon podniósł się z krzesła i zaczął irytująco chodzić w kółko. — Musimy coś z tym zrobić, bo tak nie da się żyć. Całodobowa ciemność wytrąci ludzi z rytmu, nawet latarnie mają problem z oświetleniem ulic, ludzie będą bali się wychodzić z domów i w końcu umrą z głodu.
         — Też tak uważam. — Podsumowała Teya — Jednak nie za bardzo wiem, co mamy z tym zrobić i jak się za to zabrać.
        
         Włączyłam telewizję i próbowałam pomyśleć, ale do mojej głowy nie wpadał żaden wspaniały pomysł. Leciały właśnie wiadomości.
         — W całym Play City zapanował mrok. Od wczoraj panuje gęsta mgła, która utrudnia widoczność. Specjaliści próbują odkryć, skąd wzięło się te nieznane dotąd zjawisko, ale jak na razie nie mają żadnych nowych informacji na ten temat. Na bieżąco będziemy informować o postępach w sprawie.
         No tak, specjaliści. Wątpię, żeby mieli jakieś pojęcie o tym, kim jest Felton i, że to jego sprawka.
         — Myślę — zaczęłam — że na razie nic nie możemy zrobić. Powinniśmy żyć i wrócić do normalności, ale nie będzie to jednak proste.
         — Ja też tak sądzę. — Westchnął Jon.

         Dwa dni później nic się nie zmieniło. W miasteczku nadal panowała ciemność i nic nie wskazywało na to, że ma się to zmienić w najbliższej przyszłości.
         Siedziałam właśnie w biurze, uzupełniałam resztę papierów, które musiałam jeszcze dziś wysłać do głównej księgowości, kiedy do pomieszczenia weszła Rossalie.
         — Dzień dobry — zaczęła wolno — Ja chciałam przeprosić za wszystkie kłopoty, które pani przeze mnie miała. — Zdziwiłam się, ale postanowiłam nie okazywać tego i zaczęłam rozmowę.
         — Dobrze, puśćmy to w nie pamięć. Mogę cię o coś zapytać?
         — Myślę Am, że to ja muszę ci najpierw coś powiedzieć.
         — Od kiedy przeszłyśmy na „ty”?
         — Od bardzo dawna jesteśmy na po imieniu. Popatrz. — Patrzyłam na Rossalie, która stoi naprzeciw mnie i zaczyna ściągać perukę. Perukę?! Pod spodem kryły się długie, bujne, rude włosy. Była przepiękna, ten kolor jeszcze bardziej podkreślał to, że ma niesamowitą urodę. Zaczęła mi kogoś przypominać, ale nie wiedziałam kogo. Czułam, jakbym ją znała od dawna, ale to było niemożliwe.  — Widzisz, ja nie jestem tym, za kogo mnie masz,
         — Więc kim jesteś? — Byłam pewna obaw tego, co zaraz miałam usłyszeć.
         — Jestem Rosse.
         — Tak, wiem, to skrót od imienia Rossalie, nie?
         — Owszem, ale ty mnie znasz, jako kogoś zupełnie innego… — zamilkła na chwilę, jakby chciała dodać napięcia, już i tak dziwnej, sytuacji — Jako RoFe.
         Moja mina w tamtym momencie była bezcenna. Myślałam, że RoFe jest mężczyzną, na dodatek dużym i postawnym, a nie przepiękną kobietą o magicznych mocach.
         — Po co ty…
         — Wiem, że wydaje ci się to dziwne, ale naprawdę nie mam złych zamiarów.
         — Więc…?
         — Chcę wam pomóc, bo widzę, że beze mnie nie dacie sobie rady. — W mojej głowie zaczęła krążyć dziwna myśl, więc zadałam pytanie.
         — Jeżeli nie nazywasz się RoFe, ani Rossalie, to jak naprawdę masz na imię?
         — Już mówiłam, nazywam się Rosse.
         — Rosse… Rosse… Kojarzy mi się to imię…
         —Z żoną Feltona.
         Otworzyłam oczy szeroko ze zdziwienia.
         — Bo dokładnie nią jestem. Witaj Am, nazywam się Rosse Felton, mówiono na mnie niegdyś, że jestem żoną diabła i córką wiedźmina, wiedźmą z piekła rodem, która zabije wszystkich dobrych, jakich spotka na swojej drodze.
         Cofnęłam się kawałek do tylu, gdy nagle wszedł Nate. Spojrzał na nią wielkimi oczyma, a ona uśmiechnęła się do niego w taki sposób, że moje serce się zatrzymało. Widzieliśmy już, co potrafi, więc walka z nią z góry była przegrana, a w mojej głowie brzęczały tylko słowa: „która zabije wszystkich dobrych, jakich spotka na swojej drodze”.

czwartek, 31 grudnia 2015

 A więc, to już dziś. 

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak czas szybko mija?
Jak ważna w życiu jest każda, najmniejsza chwila?
Ja nigdy się nie zastanawiałam, ale dziś Sylwestra doczekałam.
Gdyby nie fakt ten, moi mili, że z roku na rok młodsi się nie robimy,
Nie liczyłabym godzin i czasu, ale znów wokół Nowego Roku jest tyle chałasu...


Więc i na mnie przyszła pora, by życzyć Wam kasy wora.
I miłości bez liku i codziennego, codziennego fiku-miku!
Przywitania Sylwestra pijanego, bo nie wypada widzieć go trzeźwego,
Trzech Króli spotkania, ale kadzidła z nimi nie jarania!
Niech i was w tym Walenty odwiedzi, najlepiej z różą i z kieliszkiem szampana.
Pożniej niech każda panna na dzień kobiet dostanie tulipana.
Niech też Zając o Was nie zapomni i jajka ugotuje, słodyczy przyniesie górę!
Pożniej zdajcie prosze ładnie te głupie matury, bo to przepustka do wielkiej fortuny (jasne xd:)
Pożegnajcie szkolny rok cały  i  przywitajcie wakacje - bo to czas wspaniały.
Każdy moment wykorzystajcie lata, bo ciepło tak szybko ucieka ze świata.
Później, Was proszę, wróczcie grzecznie do szkoły, bo czas w niej jest super wesoły.
Dla osób, takich jak ja, gdzie ich nauka już nie trwa - życzę w pracy samych sukcesów
I urlopu udanego, byle nie czasu straconego.
Kolejnym krokiem następnego roku, będzie uprzywilejowanie tego u Twojego boku.
Niech Ci nasi mężczyżni mają słodkie miny i dostaną prezenty, które se wymarzyli.
I każdy z nas niech o urodzinach zapomnie, bo wiek to tylko liczba, bądźmi zgodni.
I kolejne Święta niech będą razem spędzone, z rodzinnym, i nie tylko, ciepłym gronie.
A za rok znów tutaj się spokamy i na wzajem, o rok starsi, życzenia sobie poskładamy! 



To były takie życzenia n aprzywitanie, a teraz, Drodzy Panowie i Drogie Panie, z tego miejsca, gdzieś tam na Świecie, chcę podziękować pewnej kobiecie i jeszcze jednej wspaniałej, które o tej stronie nie zapomniały. Bardzo dziękuję Kasiu wspaniała i Tobie Carrie, panno doskonała - że odwiedzacie mojego bloga i komentuujecie, jesteście najlepsze, najlepsze na świecie!! Dzięki Wam to strona istnieje i to przez was się śmieje, że moje głupie wypociny są czytane przez jakieś dziewczyny. Buzi wam daje i szczęśliwego nowego roku życze!




To teraz ogólnie, podziękować wszystkiem odwiedzającym chciałam, bo bardzo się z tego powodu rozpisałam. Nie mam pojęcia czemu, ale wiersz skończyć pisałam a dalej, cholera, rymowałam!
Ale na bok te żarciki, teraz przejdziemy do statystyki. 2065 Wyświetleń w tym roku miałam, a blog od listopada zakładałam. Może dużo to nie było, na dupę wasnie powaliło, ale jednak podziękować chiałam i w przyszłym rou, tak z dziesięć tysięcy więcej bym chciała. Buzi kocham was mordeczki idzcie napoić swe rzołądeczki!!


Patyy :D

sobota, 26 grudnia 2015

ROZDZIAŁ 26 - MGŁA


                Staliśmy jak wryci, nie wiedząc, co dalej mamy robić. Atmosfera była dosyć gęsta, co powodowało, że  moje nogi się uginały. Oliver i Jon wyglądali jakby chcieli się nawzajem zabić, Nathan był zazdrosny, co widziałam w jego oczach, a Teya patrzyła na Olivera takim dziwnym wzrokiem.
         — Nie wiem jak wy, ale ja na dzisiaj mam dosyć. — powiedziałam, ziewając.
         — Ja też. — Jon spojrzał w moją stronę, po czym znów przeniósł swój wzrok na Oliego. — Przepraszam.
         — Ja również — Podał mu rękę —Nie powinienem był tak mówić. Wiem, co czujesz.
         — Nie wiesz! — Uniósł się — Ale rozumiem, że chcesz wiedzieć. Dobra — Westchnął — ja wracam do siebie, chcę być sam. Jeżeli coś się stanie, dzwońcie, a ja zaraz będę. — powiedział, podnosząc się i kierując swoje kroki w kierunku wyjścia. Obejrzał się przez moment, spojrzał na mnie, uśmiechnął się delikatnie, po czym wyszedł.
         — Możemy już iść do domu? — Zapytała Teya, która stała obok nas, mając jakąś dziwną minę.
         — Ok. Hm, Oliver… — zaczęłam zdanie,
         — Tak, wiem, że mieszkasz z Nate’em, i że jesteście parą, wiem.
         — Skąd?
         — Widzisz, dowiedziałem się o wszystkim prędzej od was, co mnie naprawdę rozwścieczyło, ale zdałem sobie sprawę, że ja naprawdę to cię nigdy nie kochałem.
         — Aha — Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić.
         — Nie przejmuj się mną. — Oli uśmiechnął się do mnie. — Myślę, że jest pewna dziewczyna, która jest bliska mojemu sercu.
         — Naprawdę?  — Na mojej twarzy pojawił się grymas, który przypominał zdziwienie. Spojrzałam na Nate’a, uśmiechał się do Teyi, a ona odwzajemniała jego uśmiech. — Ja chyba czegoś tutaj nie rozumiem.
         — Nie rozumiesz, bo nie możesz rozumieć. Widzisz, siostro… — Pierwszy raz tak mnie nazwał, a po moim ciele przeszedł jakiś dziwny dreszcz. — Można się z tego śmiać, ale ja byłem z dziewczyną, która jest moją siostrą, a moja siostra była z chłopakiem, który jest jej bratem. — zaśmiał się — Po prostu zamieniliśmy się miejscami.
         — Nadal nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć…
         — Chcę powiedzieć, że kocham Teyę.  — Zrobiłam wielkie oczy. Popatrzyłam na Teyę, która się uśmiechała w stronę Olivera.
         — Ty też go kochasz? — Spytałam.
         — Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale gdy zobaczyłam go w drzwiach…— zamyśliła się na moment — Zawsze mi się podobał, z wyglądu, z charakteru i ogólnie. Zazdrościłam ci, że możesz z nim być, a ja nie, bo jest moim bratem, ale teraz? Nic nie stoi nam na drodze.
         Cholera jasna, że ja nic nie zauważyłam.
         — Okej, nie wnikam. To jak, spadamy do domu? — spytałam — A ty, gdzie śpisz?
         — Myślę, że Teya mnie przygarnie. — Puścił do niej oczko, po czym wyszliśmy z biura i udaliśmy się w stronę mojego samochodu.
         Na dworze leżał śnieg, który nie wiadomo kiedy spadł. Nie zauważyłam, żeby padał, ale byliśmy tak pochłonięci rozmową z Winter, że mogłam to przeoczyć. Temperatura była bardzo niska, nawet ja odczuwałam chłód powietrza, co często mi się nie zdarza. Jechaliśmy z Nate’em samochodem, gdy nagle pojawiła się gęsta mgła. Miałam ograniczone pole widzenia, więc zwolniłam. Droga ciągnęła się przez gęsty las, ponieważ nasz dom znajdował się kawałek za miastem.  Słońce zachodziło dosyć szybko, ale dziś było wyjątkowo ciemno.
         — Nate? — powiedziałam cicho.
         —Yhm? — Było widać, że jest na czymś skupiony.
         — Nie sądzisz, że ta mgła jest dziwna?
         — Sądzę. Coś mi tutaj nie gra. — Przymrużył oczy — Skąd wzięła się ta mgła? Jest taki mróz, że mgła nie powinna występować.
         — Wiem właśnie. Mgła to skroplona woda, a to nie zamarza.
         — Jedź wolniej skarbie.
         Zredukowałam bieg w samochodzie na niższy i jechaliśmy dalej. Widziałam, że już dojeżdżamy do domu, ale po wyjściu z samochodu nic nie widziałam.  Zostawiłam zapalone światła, ale i to nic nie dało. Było tak ciemno, że nie było widać czubka własnego nosa, a mgła dodatkowo ograniczała widoczność. Poczułam ogarniający mnie strach. Naprawdę zaczynałam się bać. Nagle poczułam czyjąś rękę na moim ramieniu i aż podskoczyłam ze strachu.
         — Ciii.. — Usłyszałam znajomy głos — To tylko my.
         Oliver stał obok mnie, a ja go nie widziałam. Miałam wrażenie, że straciłam wzrok, już raz coś takiego przeżywałam.
         — Co tu robicie?
         — Jest z  nami Jon. Szedł na pieszo, więc postanowiliśmy go odprowadzić, ale pojawiła się taka mgła i zrobiło się tak ciemno, że przeczuwamy, że coś jest nie tak.
         — My też mamy takie wrażenie. — Wtrącił Nate. — Myślę, że lepiej by było, gdybyśmy weszli do domu.
         — Dobrze, ale będzie problem z trafieniem do drzwi.  — Odpowiedział mu poważnie Jon.
         — Odsuńcie się trochę ode mnie, ok?  — powiedziałam, po czym skupiłam się i moje ciało zaczęło być chodzącym płomieniem.
         — Fajnie wyglądasz. — Oli się zaśmiał — Kiedy się tego nauczyłaś?  Myślałem, że możesz kontrolować tylko żywioły, które widzisz.     
         — Mogłam, ale się nadal uczę i robię postępy.
         Dotarliśmy do domu. Nate otworzył drzwi i zapalił światło. W domu również panował mrok, ale światło robiło swoje. Wyprostowałam rękę i posłałam iskrę w kierunku kominka, który automatycznie się zapalił, rozświetlając przy tym pomieszczenie.
         Zgasiłam płomień i ruszyłam do kuchni. Wstawiłam wodę na herbatę, po czym wyciągnęłam przygotowany przez służbę obiad.
                — Macie ochotę coś zjeść? — zapytałam.
         — Ja chętnie, jestem strasznie głodny. — Odpowiedział Oli.
         — Ja też.
         — I ja.
         — Jon, a ty?
         — Jeżeli myłbym poprosić, to z chęcią. Dawno nic nie jadłem. — Zrobiło mi się go żal. On naprawdę musiał cierpieć, jeżeli nic nie jadł. Zawsze kochał wszelkiego rodzaju żarcie, jak to mawiał, a teraz mówi, że jest głodny.
         Rozgrzałam kolację, nałożyłam na talerze i zaparzyłam herbatę.
         — Pomogę ci.  Uśmiechnął się Oli, który nie wiedząc kiedy, znalazł się obok mnie w kuchni.
         — Dziękuję. — odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niego ciepło. Ile go nie widziałam? Nie wiem, ale chyba dosyć długo. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że za nim tęskniłam, ale nie kochałam go. Co to, to nie.
         — Tęskniłem za tobą, Am. — szepnął, biorąc do ręki tacę z filiżankami.
         — Ja za tobą też… — przyznałam niechętnie — Ale wiesz…
         — Tak, wiem. Tłumaczyłem ci już, kocham Teyę, zawsze ja kochałem, ale myślałem, że jest moją siostrą, i że to miłość rodzinna, ale widzisz, świat chciał inaczej.
         Poszliśmy do salonu i oglądając telewizję, zjedliśmy posiłek. Było już późno, więc ustaliłam, że Jon pójdzie spać do pokoju, który był przygotowany dla dzieci, jakie zamierzałam mieć w przyszłości, a Teyę i Olivera wysłałam do gościnnego. My, zaś, położyliśmy się w naszej sypialni.

         Obudziłam się nadal niewyspana. Spojrzałam w kierunku okna, ale na dworze wciąż było ciemno. Wzięłam telefon do ręki, przesunęłam palcem po ekranie i się zdziwiłam. Było po dziesiątej. Dla upewnienia się, sprawdziłam godzinę jeszcze na telefonie Nate’a, ale on pokazywał to samo.
         Podeszłam do okna. Na dworzepanował taki sam mrok, jak poprzedniego dnia, a mgła wcale nie minęła.
         — Nathan. Obudź się.
         — Cooo…? — Mruknął, przeciągając się.
         — Spójrz, jest godzina dziesiąta.
         Nate spojrzał na mnie, potem wzrok przeniósł za okno. Na jego twarzy zauważyłam malujące się przerażenie.
         – Kurwa! — Wstał i podbiegł do okna. — Coś jest nie tak. - powiedział przerażony.


...............................................................................................................................
Chcę podziękować za komentarze, ponieważ każdy z nich mnie motywuje i daje siłę do napisania kolejnego rozdziału. Mimo, że jest ich naprawdę mało, to wyświetleń mam zaskakująco dużo i mam nadzięję, że to czytacie i doceniacie, ale chciałbym, żebyście zostawili jakiś znak po sobie w postaci, chociażby kropki w komentarzu. :) 

Jest to jak dotąd najdłuższy rozdział i napisany z ogromną weną. Mam nadzieję, że wam się podoba.


Buziaczki :*

piątek, 25 grudnia 2015

ROZDZIAŁ 25 - WINTER CZ.2


— Kto? — Nate spojrzał na Winter pytającym wzrokiem.
         — Tego dokładnie nie wiemy, ale mamy pewne podejrzenia, dlatego przybyłam do was.
         — Felton. — Głos Jona był poważny i skupiony.
         — Dokładnie tak myślimy, ale stuprocentowej pewności nie mamy, jednak na wszelki wypadek przydałoby się to sprawdzić.
         — Jak mamy to zrobić? — Zapytałam zdziwiona.
         — Nad tym musimy popracować, ale jest Was za mało.
         — Nic na to nie poradzimy Winter. Oliver gdzieś wsiąkł, a Fel… — Głos Jona się załamał.
         — Wiem, przykro mi z tego powodu, ale musisz wziąć się w garść, ponieważ jeżeli tego nie zrobisz, wszyscy skończymy tak, jak ona albo nawet gorzej.
         — Rozumiem, co nie zmienia faktu, że we czwórkę nie damy sobie rady.
         — Ale ze mną już sobie dacie radę! — Usłyszałam głos dochodzący z okolicy drzwi. Spojrzałam w tamtą stronę i nie wierzyłam własnym oczom. Oliver wyglądał jak młody bóg, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Spojrzałam na Teyę i w momencie znalazłyśmy się obok Olivera, ściskając go ze wszystkich sił.
         — Ała! — Krzyknął — Am, parzysz!
         Zaśmiałam się. Tego bym się nie spodziewała. Gdy opuściły nas emocje, odeszłyśmy od niego kawałek. Spojrzałam w stronę Nate’a, ale on się tylko uśmiechał.
         — Dobrze cie widzieć, stary! — Przybił piątkę Oliemu.
         — Jon — zaczął — przykro mi…
         — Zamknij się! — Nie dane było mu dokończyć, ponieważ Jon podniósł głos. — To wszystko przez ciebie! — Popchnął Olivera z całej siły, że ten się przewrócił. — Musiałeś uciec, kurwa? Gdybyś tu był, ona by żyła! Ale ty musiałeś się ukryć, jak pierdolony tchórz! — Jego głos był przesiąknięty gniewem i rozpaczą.
         — Ja nie uciekłem! — Oli wstał, strzepał kurz ze swoich białych, obcisłych spodni. — Nie wiesz, gdzie byłem, więc się nie wypowiadaj! A ty co, kurwa, siły nie masz? Mocy nie masz?! Dobrze wiedziałeś co ta pajęczasta kobieta chce zrobić? Dlaczego jej nie obroniłeś? Mogłeś się wysilić?  Teya i Nate są szybcy, mogli by ją chronić, zabrać czy coś, ale ty nie, nic nie powiedziałeś, tylko stałeś jak wryty, kurwa mać! — Nerwy i mu puściły.
         — Zarzucasz mi, że to moja wina?
         — A co, może moja?
         — A może byście, kurwa tak przestali? — Wtrącił się we wszystko Nate, a oni spojrzeli na niego wzrokiem, który mógłby zabić.
         — Panowie — Winter zabrała głos — Trochę kultury wśród dam proszę. Widzę, że obce jest wam dobre zachowanie. Wszystkie niedomówienia możecie sobie wyjaśnić w trochę bardziej kulturalny sposób, więc proszę, pohamujcie się i posłuchajcie. Oliver wcale nie uciekł, jak twierdzisz Jon. My go.. porwałyśmy, o tak to ładnie możne ująć. Był nam potrzebny, ponieważ wiedziałyśmy, że jeżeli Oliver zginie, cały plan Feltona nie dojdzie do skutku. Otóż, Oliver ma pewny dar… Inaczej, dusza Olivera posiada w sobie cząstkę Feltona, stąd wizje, że jest on nie dobry i próbuje was zabić. —Spojrzała wymownie w stronę Nate’a, a ten zrobił się czerwony. — Żeby Felton mógł zrealizować swój plan, Oliver musi stanąć u jego boku, ale tak się nie stanie. Wpadłyśmy razem z moimi koleżankami na pewien plan, aby zamrozić część Olivera, która jest potrzebna złemu panu, więc porwałyśmy go i zamroziłyśmy na kilka dni, po czym teraz nie jest już mu potrzebny i mogłyśmy go spokojnie oddać.
         Patrzyliśmy na nią jak na idiotkę dlatego, że niezbyt docierało do nas to, co mówi.
         — Wiem, że ciężko mnie zrozumieć, ale musicie mi uwierzyć, że nie jest źle. Oliver czuje się dobrze i nie będzie już mu potrzebny, ale dalej potrzebni jesteście mu wy. Dopóki nie zabije was albo nie przekona, byście mu pomogli jesteście w niebezpieczeństwie. Musicie wiedzieć, że nie macie zbyt wiele czasu, ponieważ mrok nadchodzi nieubłaganie, a jeżeli nadejdzie… Będziecie musieli stawić mu czoła. — Powiedziała te słowa wstając i udając się w kierunku drzwi.
         — Czekaj, gdzie idziesz? — Spytałam.
         — Mrok nadchodzi.
         — Co mamy zrobić?
         — A gdy nadejdzie…
         — Winter! — Jon zawołał.
         — Mnie nie może tu być… — Usłyszeliśmy, po czym jej postać zniknęła, a my staliśmy, zastanawiając się – co dalej?





...............................................................................................................
cZYTUJESZ - KOMENTUJESZ I MNIE MOTUWYJESZ! :d

czwartek, 24 grudnia 2015

ROZDZIAŁ 24 WINTER


         Poczuliśmy chłód powietrza, który wywołał na moim ciele gęsią skórkę. Nie miałam ochoty na spotkanie z Panią Zamrażalką, ale wydawało się ono nieuniknione. Nate dodzwonił się do Jona, a co do Teyi, miał rację, nie odebrała, jednak Jon powiedział, że się z nią skontaktuje.
         Staliśmy wpatrzeni w drzwi, w których po krótkiej chwili pojawiła się niewyczekiwana kobieta. Nie wyglądała przerażająco, ale chłód, który od niej bił już taki był. Mi jednak nie było zimno, ponieważ moje ciało nie reagowało na temperaturę powietrza czy też innych rzeczy. Kobieta spojrzała na nas, po czym na Rossalie, która siedziała skulona w rogu.
         — Dzień dobry – przywitała się — nazywam się Winter. Mam pokojowe zamiary. Wysłuchajcie mnie, proszę. — Spojrzała na nas łagodnym wzrokiem, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jakiś podstęp.
         — Dobrze, a więc słuchamy cię Winter, ale na początek mam jedno pytanie, a mianowicie, dlaczego goniłaś Rossalie? — Nate spojrzał na nią pytającym wzrokiem, ale widziałam, że był podejrzliwy. Na twarzy kobiety pojawiło się zdziwienie, ale odpowiedziała wyczerpująco.
         — Nie goniłam jej, po prostu stała na mojej drodze, a ja idę, nie zważając na nic. — Była poważna, jednak bałam się jej zaufać. —Wyruszyłam z Mosoni kilka miesięcy temu. Jako, że nie mogę się poruszać szybciej, niż widzieliście, droga tutaj zajęła mi więcej czasu niż na początku przewidywałam. — Spojrzała a mnie, później na Nate’a. — Czy mogłabym prosić, dziewczyno siedząca w roku, abyś opuściła to pomieszczenie i wróciła tam, gdzie zmierzałaś? — Zwróciła się do Rossalie,  a ta, nie patrząc na nią wybiegła z biura. Ton jej głosu mnie intrygował. Był taki przyjacielski, ciepły i spokojny. — Dziękuję — rzuciła Ro na odchodne, ale nie wiem, czy była w stanie to usłyszeć. Kontynuowała. — Więc jak już zaczęłam moją opowieść, chciałabym ją dokończyć, jednak zaczekam chwilę, ponieważ spodziewacie się towarzystwa. — Uśmiechnęła się przyjacielsko, następnie usiadła na kanapę stojącą obok ściany.
         Widziałam jak kanapa marznie pod jej wpływem. Co to jest te Masoni? Poczułam powiew wiatru i zobaczyłam Teyę trzymającą na rękach Jona. Postawiła go i obyswoje spojrzeli na kobietę siedzącą naprzeciw nas. Nie czekała zbyt długo i znów zaczęła prowadzić swój monolog.
         — Jak już wspomniałam, przybyłam tu z Masoni. Pewnie zastanawiacie się, czym jest Masonia, więc już śpieszę wyjaśnić. — Oblizała wargi, a na jej ustach pojawił się szron. — Masonia jest wyspą położoną na oceanie Atlantyckim. Nikt na świecie nie zna jej położenia, ponieważ wyspa jest… pływająca. Na wyśpie mieszka nie wiele osób.. Każda z nich jest odpowiedzialna za dbanie o ten świat. Dark panuje nad mrokiem. Decyduje kiedy i gdzie zapada zmrok, a kiedy ma pojawić się jasność i to ona mnie tutaj przysłała, ponieważ tylko ja w tym momencie mogłam się tu pojawić nie wzbudzając zbyt wielu podejrzeń.
         — Dlaczeco Dark cię tutaj przysłała? — Teya zadała pytanie, przerywając kobiecie monolog.
         — Przepraszam, że zwracam uwagę, ale nie uważasz, że nie ładnie tak przerywać komuś wypowiedź? — Spojrzała na Teyę z dezaprobatą, za to pouczona zrobiła dziwnie śmieszną minę, która miała okazać niezadowolenie. — Nie martw się dziewcze, wybaczam. Dark zauważyła pewne uchybienia w czasie trwania mroku. Podejrzewa, że ktoś nad nim próbuje zapanować i niestety, udaje mu się.


................................................................
Rozdział krótki, ale jest  : )